fb

#70940 przez luk.
N, 22 kwi 2012, 00:00

Czy nadchodzi pora, w której trzeba będzie pogodzić się z fiaskiem profesjonalizacji esportu?

Stali czytelnicy Frag-eXecutors.com na pewno pamiętają kampanię GAD: "Pozwólmy rysiom wrócić do puszczy!". Patrząc na to, co ostatnimi czasy dzieje się wokół gier i sportu elektronicznego, doszedłem do wniosku że powinniśmy zainicjować kolejną. Jej hasłem powinno być: "Pozwólmy esportowi wrócić do kafejek!". Tam, gdzie było jego miejsce, zanim ktoś nie ufundował komuś Ferrari, a trzeci ktoś w pewnym azjatyckim kraju nie zinformatyzował społeczeństwa StarCraftem.

Spójrzmy prawdzie w oczy. Profesjonalizacja esportu się nie udała. Jeszcze w 2006, 2007 roku wydawało się, że być może jest tu jakaś perspektywa rozwoju. Przyszedł globalny kryzys i rach, ciach, trzy czwarte firm wykorzystało go jako znakomity pretekst do ucięcia swoich mecenatów. Bo dla większości angażowanie się w esport nie było sponsoringiem ani inwestycją, tylko właśnie mecenatem, wspieraniem czegoś dla ogólnego dobra z nadzieją, że może kiedyś, coś...

To "kiedyś, coś" poza Koreą nie nastąpiło. I być może nigdy nie nastąpi. Z każdym sezonem i każdym anulowanym turniejem spada prawdopodobieństwo, że zobaczymy pojedynek Counter-Strike'a na żywo w telewizji, a sportowe wydanie "Wyborczej" otworzy wywiad z mistrzem StarCrafta. Co więcej, przyczyna tego stanu rzeczy leży w tym, co w ogóle uczyniło esport masowym (w pewnej skali, rzecz jasna) zjawiskiem. Specyfika gier komputerowych.

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego w najważniejszych turniejach od lat grają i triumfują w zasadzie ci sami zawodnicy i drużyny? Są najlepsi - to fakt, ale to tylko połowa odpowiedzi na zagadkę. Druga połowa tkwi w pułapce, w jaką esport wpadł, profesjonalizując się. Jej najbardziej widocznym efektem jest to, że obecnie w turniejach rywalizuje wąska grupa kilkunastu, w porywach kilkudziesięciu (w Korei oczywiście więcej) graczy zawodowych, dobrze opłacanych, wspieranych przez drużyny sprzętem, regularną pensją i dobrem wszelakim. A naprzeciwko nich stają totalni amatorzy.

Stanu pośredniego nie ma, bo też i nie jest dla nikogo opłacalny. Nikt nie wspiera "średnich" drużyn na tyle mocno, by mogły stać się pierwszoligowymi, więc śmietankę od lat spijają ci sami. A ponieważ gracze przeważnie przechodzą na emeryturę razem ze swoją platformą, szans na rozpoczęcie mistrzowskiej kariery w takim np. CS-ie już nie ma. Aby dorównać obecnym mistrzom, musiałby poświęcić 2-3 lub więcej lat swojego życia - bez gwarancji na sukces.

Powiecie, że tak jest w każdym sporcie. Zgadzam się, tyle że, jak już wspomniałem, problemem esportu nie są liderzy, ale chroniczny brak "stanów średnich". Przeciętny, "ligowy" sportowiec wciąż zarobi na swoje utrzymanie, przeciętny esportowiec dostanie co najwyżej koszulkę. I to też byłoby okej, gdyby nie rosnąca dysproporcja w stosunku do najlepszych. A na dłuższą metę rywalizacja pasjonatów z profesjonalistami nie jest fajna ani dla jednych, ani dla drugich.

Dlatego coraz więcej osób z rozrzewnieniem wspomina czasy, kiedy sportem elektronicznym nie rządziła kasa, a talent i pasja do grania. Czasy pierwszych mistrzów Quake'a i CS-a, które dla mnie zawsze były "czasami matr0xa". Wtedy wszyscy grali nie po to, by zasłużyć na angaż do lepszej drużyny, ale by odkryć coś nowego w grze, zaskoczyć przeciwnika i stać się znanym w społeczności. Najpierw lokalnej, potem ogólnopolskiej.

Jakoś to wszystko miało wtedy inny klimat. Bardziej otwarty, przyjacielski. Nie było - przynajmniej nie w takiej skali - gwiazdorzenia i zadzierania głowy. Każdy miał do esportu dystans i zdawał sobie sprawę, że najważniejsi w tym wszystkim są ludzie. Cała reszta była po prostu hobby, które sprowadzało się do wspólnego grania w ulubioną grę. Esport wyrósł na tym, że okazało się, iż te "ulubione gry" są lubiane przez cały świat. I wtedy mistrzowie osiedli zaczęli rywalizować między sobą, z czasem zostawiając za sobą kafejki i wszystko inne, dając początek zjawisku esportu.

Tak powstały wielkie, mistrzowskie turnieje, które następnie przeniosły się do internetu i znalazły sponsorów chcących pompować pieniądze. W zamian wszyscy chcieli mieć wpływ na dobór gier, systemy rozgrywek i całą otoczkę. Co jedno w tym wszystkim zginęło? Zwykli gracze, koledzy z kafejek. To wszystko już od dawna nie jest dla nich. Dzisiejszy esport kusi jak diabełek: "chodź, żyj mną, poświęć kilka lat, a ja może wynagrodzę ci to sławą i chwałą. Albo i nie." Ani słowa o kumplostwie i dobrej zabawie, ba - nawet koledzy z "niszowych" klanów już dawno wyrzucają się z nich nawzajem "za skilla", lub jego brak.

Koniec końców, wybór należy do nas. Czy chcemy, aby ziścił się u nas "koreański sen" połączony z katorżniczymi, kilkunastogodzinnymi treningami, zakazem wyjść w sezonie ligowym i ciągłym skoszarowaniem. A może wolimy po prostu włączyć wieczorem ulubioną grę i w miłej atmosferze zdobyć kilka fragów lub strzelić kilka goli - za symboliczne nagrody i/lub wynagrodzenie? Wygląda na to, że pośredniej drogi nie ma.

Esport jako zjawisko nie zginie, jego najlepsze tytuły też nie. Ale warto spojrzeć na sprawę z dystansem i zastanowić się, czy nie lepiej, zamiast na siłę wkładać go do telewizji i gazet a z graczy robić atletów na azjatycką modłę, dać mu się rozwijać w jego naturalnym środowisku. Sami pomyślcie. Czy nie byłoby fajniej, gdyby internet i TS-a zastąpiły kafejki, kumple i atmosfera rodem z Padbaru?
http://www.frag-executors.com/artykul/p ... fejek.html

Kto przegląda forum

Zidentyfikowani użytkownicy: Google[BOT], Sogou [Bot]